piątek, 11 marca 2016

10 NAJLEPSZYCH ODCINKÓW "Przyjaciół"? [Wybór subiektywny]


Pewnie każdy prawdziwy fan "Przyjaciół" marzył kiedyś o tym, że powstanie kontynuacja tej serii. Na początku roku gruchnęła wiadomość, że cała szóstka ma spotkać się na planie specjalnego show, przygotowanego na cześć Jamesa Burrowsa, który nakręcił 1000 odcinków seriali telewizyjnych. Do spotkania owszem doszło (21 lutego), ale nie była to aż taka gratka, jak zapowiadano. Przede wszystkim zabrakło Chandlera (Matthew Perry wytłumaczył się innymi zobowiązaniami zawodowymi - występem w sztuce teatralnej w Londynie), a serwisy internetowe zaczęły rozpisywać się, że cały program jest po prostu nieco nudny i rozczarowujący. Trzeba więc chyba powiedzieć wprost: "to se ne vrati".

Na szczęście serial, który pokazywano aż przez 10 lat, ma 236 epizodów i trudno byłoby zapamiętać je wszystkie. Dlatego lubię do nich wracać, nawet jeśli niektóre widziałam po kilkanaście razy. Kompletnie mi to nie przeszkadza, za to zawsze poprawia humor. Pomyślałam więc, że zrobię zestawienie 10 najlepszych, moim zdaniem, odcinków. Nie wiedziałam, że będzie to aż tak karkołomne zadanie - wybrać 10 spośród 236 naprawdę jest trudno i długo się zastanawiałam, czy aby na pewno to zestawienie jest optymalne. A oto do jakich wniosków doszłam (kolejność chronologiczna):
  1. Sezon 2 odcinek 6 (The One With the Baby on the Bus) -  
    Na pierwszy rzut wybieram odcinek, w którym akcja wychodzi na ulice Nowego Jorku, poza dwa mieszkania i Central Perk. Monika odkrywa, że jest jedyną osobą, u której na rękach jej bratanek Ben płacze. A na dodatek Ross zjada ciasto z kiwi, na które jest uczulony, więc Monika zawozi go do szpitala, w związku z tym Benem muszą zająć się... Chandler i Joey. Chłopaki wybierają się z maluchem na wycieczkę i dowiadują się, że małe dziecko działa na kobiety, jak lep na muchy. Nawiązują w autobusie rozmowę z dwiema atrakcyjnymi dziewczynami i wysiadają na ich przystanku. Ale bez Bena. Po dzikim rajdzie przez Nowy Jork, chłopiec odnajduje się w biurze rzeczy znalezionych, ale nie jest tam jedynym bobasem. Jak więc odróżnić, który jest tym właściwym? Bluzeczka w klauny, czy w kaczuszki? Cóż, trzeba rzucić monetą... Dopiero w domu okazuje się, że wybór był właściwy, bo Ben zaczyna płakać przy Monice. Niestety Ross znajduje na pieluszce Bena napis "własność opieki społecznej" i cała przygoda wychodzi na jaw.
  2. Sezon 3 odcinek 16 (The Morning After) - Jeden z ważniejszych odcinków, ponieważ to właśnie w nim wszystko wywraca się do góry nogami, a przyjaciele przez następne sezony będą stale nawiązywać do tych wydarzeń. W odcinku wcześniejszym Ross i Rachel, zamiast iść na kolację rocznicową, kłócą się i postanawiają (a raczej jest to decyzja Rachel), że od siebie odpoczną. Ross upija się i spędza noc z Chloe, "dziewczyną z punktu ksero". Jednak pokłócona para szybko dochodzi do wniosku, że rozstanie to był błąd i chce do siebie wrócić. W związku z tym Rachel w drodze do pracy wpada do Rossa, aby się pogodzić (podczas gdy za
    drzwiami stoi naprędce wypychana z mieszkania Chloe). Ross zwierza się Chandlerowi i Joeyowi z tego, co zrobił i w zamian słyszy poradę, że nigdy przenigdy nie może dopuścić do tego, aby Rachel odkryła prawdę. Ross biegnie więc zatrzeć ślady swojej zdrady, ale jest już za późno. Rachel dowiaduje się o jego niewierności od... Gunthera. Zakochani idą do mieszkania Rachel, gdzie do nocy prowadzą rozmowy, krzycząc na siebie i wyznając sobie miłość. W końcu jednak rozstają się. Gorzką rozmowę osładza wątek Moniki, Phoebe, Chandlera i Joeya schowanych w sypiali obok, którzy niechcący podsłuchują całe wydarzenie i prowadzą własne rozmowy. Z głodu postanawiają zjeść... wosk do depilacji.
  3. Sezon 4 odcinek 12 (The One With the Embryos) -
    Phoebe idzie na zabieg sztucznego zapłodnienia (ma być surogatką dla swojego brata i jego żony), podczas gdy w mieszkaniu Rachel i Moniki rozgrywa się prawdziwa bitwa. Chandler i Joey zakłądają się z dziewczynami, że znają je lepiej niż one ich. Sędzią jest Ross. Zaczyna się od niewinnej zgadywanki "co Rachel ma w torbie" - wygrywają chłopaki. A potem zabawa zamienia się w prawdziwy teleturniej, a stawka rośnie. Pytania są absurdalne, ale tak śmieszne, że jest to chyba jeden z naprawdę najzabawniejszych odcinków. W końcu cała czwórka zakłada się o najwyższą stawkę - jeśli wygrają dziewczyny, Chandler i Joey pozbędą się ze swojego mieszkania koguta, a jeśli będzie na odwrót, dziewczyny oddadzą im... swoje mieszkanie. Monika i Rachel przegrywają, a pytanie, które kładzie je na łopatki to "jaką pracę ma Chandler?" *. Pod koniec odcinka w mieszkaniu zjawiają się Frank i Alice z testem ciążowym dla Phoebe, Chandler wjeżdża na białym psie, robi się zamieszanie, wszyscy zaczynają krzyczeć. Ale nagle Phoebe wypada z łazienki z radosną nowiną i wszystko inne przestaje się liczyć.
  4. Sezon 6 odcinek 01 (The One After Vegas) - kontynuacja poprzedniego sezonu -
    przyjaciele są w Las Vegas, Ross i Rachel pijani w sztok, z pomalowanymi twarzami (Ross pomalował Rachel w samolocie, a ona jego w pokoju hotelowym) wytaczają się z kaplicy, przed którą stoją Monika i Chandler, którzy właśnie podjęli spontaniczną decyzję, że chcą się pobrać. Za chwilę wpadają Phoebe i Joey, którzy próbowali powstrzymać Rossa i Rachel przed zrobieniem głupstwa. Niestety "świeżo poślubieni" następnego dnia w ogóle nie pamiętają tego, co się wydarzyło, a Chandler nabija się z Rossa, że po dwóch rozwodach trzeci będzie miał gratis. W dalszej części śledzimy Joeya i Phoebe, którzy postanawiają wrócić do Nowego Jorku taksówką Phoebe, a Chandler i Monica przez cały odcinek udowadniają sobie (choć żadne nie chce tego powiedzieć wprost i głośno), że jeszcze nie dojrzali do małżeństwa. Podejmują jednak inną istotną decyzję - chcą ze sobą zamieszkać. 
  5. Sezon 6 odcinek 23 (The One With the Ring) - Pierwszy z trzech ważnych odcinków, które po raz kolejny zmienią bieg serialu. I w których wszystko idzie nie tak, jak powinno - Rachel wybiera się  na randkę z Paulem (ojcem dziewczyny Rossa; a gra go sam Bruce Willis), ale chcąc poznać go lepiej zadaje za dużo pytań i wywołuje lawinę zwierzeń, co powoduje, że Paul otwiera się nazbyt przesadnie. Phoebe idzie z Chandlerem kupić pierścionek zaręczynowy dla Moniki. Kiedy Chandler znajduje wreszcie ten wymarzony, uświadamia sobie, że nie ma jak zapłacić, bo pożyczył kartę kredytową Joeyowi i biegnie ją odzyskać. Przedtem prosi Phoebe, żeby popilnowała pierścionka u jubilera, ale Phoebe zajęta przymierzaniem biżuterii przegapia fakt, że ktoś w międzyczasie kupuje pierścionek. Obiecuje jednak Chandlerowi pomoc w odzyskaniu pierścionka i dotrzymuje słowa. Ross i Joey stwierdzają zgodnie, że Chandler ostatnio ich zaniedbuje, więc postanawiają zostać "najlepszymi przyjaciółmi" tylko we dwóch. Ale kiedy Chandler zdradza swoje plany, wszyscy płaczą ze wzruszenia. I chociaż finał tych wydarzeń nastąpi dopiero za dwa odcinki, to i tak wiemy, że wszystko dobrze się skończy.
  6. Sezon 8 odcinek 1 (The One After I Do) - Ślub Moniki i Chandlera odbywa się na koniec 7 sezonu, ale pierwszy odcinek sezonu 8 to wesele. To właśnie na nim przyjaciele wymieniają domysły na temat znalezionego wcześniej testu ciążowego.
    W końcu wychodzi na jaw, że tak naprawdę to nie Monica, ani Phoebe jest w ciąży, ale Rachel. Na razie wiedzą jednak tylko dziewczyny, no i Rachel nie zamierza chwilowo zdradzać, kto jest ojcem. W międzyczasie Ross, chcąc poderwać koleżankę Moniki, zamienia karteczki z numerami stołów i trafia przypadkowo do stolika dzieciaków. Natomiast Joey usiłuje podczas toastu zaprezentować wszystkie swoje umiejętności aktorskie, ponieważ dowiaduje się, że partner matki Chandlera jest producentem na Broadwayu i właśnie obsadza nową sztukę. Kulminacyjny moment odcinka następuje w toalecie i jest to jeden z nielicznych szalonych pomysłów Phoebe, który naprawdę wydaje się trafiony - Phoebe odczytuje wynik ponownego testu Rachel i mówi, że test jest negatywny. Rachel, która powinna się cieszyć, nagle zaczyna żałować, że "nie jest w ciąży", na co oczywiście Phoebe przyznaje, że skłamała. Dziewczyny zaczynają skakać z radości, a Phoebe mówi do Rachel: "teraz wiesz, co naprawdę czujesz". Piękna pointa.
  7. Sezon 8 odcinek 9 (The One With the Rumor) - "Indyki są głupie, brzydkie i pyszne" - mówi Joey, kiedy Monika oznajmia, że w Święto Dziękczynienia nie będzie indyka. Monika decyduje się zmienić menu po namowach Joeya, a on deklaruje, że zje całego świątecznego ptaka. Ale nie to jest najważniejsze w tym odcinku, bowiem to
    właśnie tu w gościnnych występach pojawia się... Brad Pitt. Gra Willa, kolegę z klasy Rossa, który kiedyś był strasznie gruby (Monika była jego "chudą" przyjaciółką). Tyle tylko, że teraz Will stracił 75 kilogramów i jest tak atrakcyjny, jak tylko potrafi być Pitt. Aktor zgarnął za ten występ nagrodę Emmy, a w samym odcinku jest mnóstwo zabawnych gagów i tekstów. Chandler ujawnia, że tak naprawdę nie interesuje się futbolem, ale ogląda mecz i krzyczy do telewizora, żeby nie pomagać w kuchni. Okazuje się, że Ross i Will założyli kiedyś w szkole klub "Nienawidzę Rachel Green" i rozpuścili plotkę, że Rachel ma zarówno żeńskie, jak i męskie narządy płciowe. Odcinek wieńczy wejście Joeya w ciążowych spodniach Phoebe, który zakłada je, by poradzić sobie ze swoim wyzwaniem.
  8. Sezon 8 odcinek 20 (The One with the Baby Shower) - Joey, Chandler i Ross grają na niby w dziwaczny teleturniej "Bamboozeled", ponieważ Joey przygotowuje się do castingu.
    Zasady są tak absurdalne i skomplikowane, że wszyscy mają na początku problem, żeby się połapać, o co chodzi. Potem chłopaki wkręcają się na dobre i zgodnie stwierdzają, że to najlepsza gra, w jakiej brali udział. Tymczasem w mieszkaniu na przeciwko Rachel ma swój "Baby shower", na który Monica i Phoebe zapominają zaprosić matkę Rachel. W ostatniej chwili Monica zaprasza panią Green telefonicznie, a potem cały wieczór usiłuje przeprosić, ale wyniosła matrona nie daje się tak łatwo udobruchać. W dodatku Rachel uświadamia sobie, że nie ma pojęcia o opiece nad niemowlakiem i wpada w istną panikę. Z pomocą przychodzi jej Ross.
  9. Sezon 10 odcinek 2 (The One Where Ross is Fine) - Odcinek, w którym nareszcie następuje kontynuacja na temat uczucia Joeya do Rachel, które zaczęło kiełkować zanim jeszcze Rachel urodziła Emmę. I choć wiemy, że raczej ten związek nie ma szans, to i tak rewelacyjnie ogląda się kwestie relacji tria Ross-Rachel-Joey. Przyjaciele wrócili z Barbados, gdzie wiele się wydarzyło. Ross zaczął spotykać się z dziewczyną Joeya, Charlie, a Rachel i Joey doszli do wniosku, że i oni chcieliby spróbować czegoś więcej. Na początku odcinka Ross wchodzi do mieszkania Joeya i widzi go całującego się z Rachel. Reaguje nieco przesadnie, zapewniając, że
    wszystko jest w porządku i zaprasza przyjaciół na kolację - podwójną randkę, podczas której upija się prawie do nieprzytomności. 
    Monica i Chandler idą do znajomych Phoebe, którzy zaadoptowali dziecko, żeby opowiedzieli o swoich doświadczeniach. Chandler, przez swój niewyparzony język, zdradza ich synowi, że został adoptowany. Chłopiec dostaje od Chandlera 50 dolarów, żeby się nie wygadał, ale prawda i tak wychodzi na jaw, a na koniec odcinka Chandler zalicza jeszcze jedną wpadkę. Phoebe spotyka się z Frankiem i trojaczkami. Frank jest tak zmęczony, że proponuje Phoebe, żeby wzięła jedno z dzieci na zawsze, jednak kiedy siostra pyta, które chciałby oddać, Frank nie potrafi wybrać. Uświadamia sobie, że wszystkie kocha tak samo mocno.
  10. Sezon 10 odcinek 16 (The One With Rachel's Going Away Party) - Wszystko się zmienia: Rachel planuje wyjazd na stałe do Paryża, Monika i Chandler wyprowadzają się do nowego domu, Phoebe jest zamężna, a Joey cierpi, bo nie znosi zmian. W tym odcinku sporo nostalgii, ale jest kilka scen śmiesznych do łez - Ross i Chandler mają pomagać Monice w pakowaniu, ale zamiast tego boksują Joeya owiniętego w folię bąbelkową, Joey "przegrywa" kilkadziesiąt razy z Rachel o wyjazd w rzutach monetą (reszka - wygrywa Rachel, orzeł... przegrywa Joey), trwają poszukiwania właściciela znalezionych w mieszkaniu kajdanek, a niezbyt bystra Erica (od której Monica i Chandler mają adoptować dziecko) nie jest w stanie się zorientować, że właśnie zaczęła rodzić.
    Podczas swojego przyjęcia pożegnalnego Rachel żegna się ze wszystkimi na osobności oprócz Rossa, który oczywiście robi z tego powodu awanturę. W końcu Rachel wyznaje Rossowi, że nie pożegnała się z nim wyłącznie dlatego, że on znaczy dla niej dużo więcej niż wszyscy inni. Odcinek kończy się pocałunkiem pary oraz... sceną, w której Phoebe ładuje Joeyowi steropian do dżinsów i wali go kolanem w krocze. Już wiemy, że za chwilę nastąpi ciąg dalszy, który rozwiąże wszystko. Oczywiście finałowy podwójny odcinek jest wyjątkowy i ma wiele pięknych i prześmiesznych momentów (zwłaszcza ten, w którym Erica zamiast jednego dziecka niespodziewane rodzi bliźniaki), ale też jest tak rozciągnięty, jak tylko może być finał po 10 latach trwania serialu.
* wątek tajemniczej pracy Chandlera przewija się przez wiele odcinków, tak naprawdę żadne z przyjaciół nie wie, na czym ona polega...

W zasadzie "najlepsze" odcinki mogłabym wybierać bez końca, bo jest ich wiele. Są takie, które lubię w całości i takie, które wyróżniłabym za najlepsze momenty. Kto z Was nie płakał ze śmiechu, kiedy Ross poszedł na sztuczne opalanie i zamiast do pięciu liczył: 1-Mississippi, 2-Mississippi... w efekcie czego zamiast opalenizny o nasileniu 2 zyskał 12 i to tylko z przodu? Albo kiedy wybielił zęby i świecił w ultrafiolecie? A gdy Joey uczył się mówić po francusku i "wypił" galon mleka w 10 sekund? Kiedy Monika i Chandler próbowali ukryć swój związek i namówić Joeya, żeby przyznał się przed resztą paczki do uzależnienia od seksu? Kiedy Joey i Ross schodzili razem po schodach przeciwpożarowych, albo mieli "przyjacielską" drzemkę? I tak można wyliczać bez końca... Oglądałam ten serial, kiedy sitcomy dopiero zaczynały pojawiać się na naszych ekranach, oglądałam go z lektorem, z napisami, w wersji oryginalnej, sama i w towarzystwie, pojedyncze odcinki i w trybie binge-watching. I pewnie nigdy nie przestanę, bo choć niektóre żarty nieco się "wytarły", mnie to nie przeszkadza i nawet lubię fakt, że w tym serialu ktoś wciąż nagrywa się na domową automatyczną sekretarkę, choć w rzeczywistości nie robimy tego już od ponad dekady.


sobota, 27 lutego 2016

Komu Oscara?



Wokół tegorocznych Oscarów, jak wiadomo, sporo zamieszania. Bo: dlaczego należą się tylko białym, znów dyskryminacja czarnoskórych aktorów, bojkot, bunt, niezgoda. Czy te protesty są uzasadnione? Trudno ocenić, bo trudno też obejrzeć wszystkie filmy, jakie zostały wyprodukowane w ubiegłym roku i zdecydować, czy Afroamerykanie zasługują na nominację. Cóż, przynajmniej galę poprowadzi Chris Rock...

Czy najlepszym filmem zostanie fenomenalna, acz bardzo brutalna „Zjawa”? Film jest znakomity, bardzo sugestywny i pełen naturalistycznych, przejmujących scen. Może nagroda w głównej kategorii to za dużo, ale ucieszyłabym się, gdyby statuetką uhonorowano nareszcie Leonardo DiCaprio – po tylu nominacjach Oscar niewątpliwie mu się należy, choć nie jestem pewna, czy to akurat ta rola jest najwybitniejsza w jego karierze. Konkurencję ma mocną, może przegrać z Fassbenderem, co wydaje się najbardziej prawdopodobne, chyba że Eddie Redmayne (subtelny, dziewczęcy i męski zarazem w "Dziewczynie z portretu") zostanie drugim Tomem Hanksem. Bo szanse Matta Damona są raczej nikłe – Hollywood rzadko przyznaje tej rangi nagrodę za role komediowe, a przecież taki jest właśnie „Marsjanin”, niby trochę straszny, ale jednak bardziej śmieszny, zaskakująco wciągający (rzadko pasjonują mnie filmy sci-fi, a od tego nie mogłam się oderwać), jednak całkowicie i wyłącznie rozrywkowy.
Leonardo DiCaprio w "Zjawie"
Być może Akademia zdecyduje, aby najlepszym filmem wybrać kameralny „Pokój”, a nie wysokobudżetowe produkcje. Albo zaangażowany społecznie „Spotlight” lub „The Big Short”. Jeśli miałabym obstawiać to właśnie ten ostatni tytuł ma spore szanse na nagrodę – Amerykanie wciąż lubią wracać do tematu ostatniego kryzysu finansowego, bo jest to coś, co dotyczy niemal całego społeczeństwa i co wciąż w Stanach (i nie tylko) odbija się czkawką. A film jest świetny i ma wszystko to, co może trafiać do widza – wartką akcję, wyrazistych bohaterów (nie-fikcyjnych) i opowiada o krzywdach, które przydarzyły się zwykłym ludziom. Zagadką jest dla mnie na liście pretendentów do najlepszego filmu „Mad Max” oraz nudny jak flaki z olejem „Brooklyn” – oba filmy muszą mieć dobre lobby, a nagrodzenie ich wydaje się tak samo mało prawdopodobne jak to, że w Los Angeles spadnie śnieg. Ale kto wie, Hollywood czasem lubi zaskakiwać…

Brie Larson, "Pokój"
Wśród nominacji aktorskich szczególnie mocna konkurencja jest w kategorii drugoplanowa rola męska – przyznam, że z nominowanego trio Hardy-Bale-Ruffalo nie wiedziałabym, kogo wybrać. Myślę, że główna batalia rozegra się  pomiędzy Hardym a Bale’em, ale to ten pierwszy zdobędzie statuetkę. A może nie…? Z aktorek drugoplanowych wybrałabym Jennifer Jason Leigh za rewelacyjną rolę w „Nienawistnej ósemce”, tym bardziej, że ten bardzo dobry film nie zdobył więcej znaczących nominacji, więc mogłaby to być niejako nagroda pocieszenia i dla Tarantino. Natomiast jeśli chodzi o aktorki pierwszoplanowe, to wydaje mi się, że największe szanse ma Brie Larson za „Pokój” – rola trudna, kobiety bardzo skrzywdzonej, znajdującej się w ekstremalnej sytuacji, która wzbudza nasze współczucie i szacunek za to, że za wszelką cenę próbuje chronić syna, ale którą trudno nam polubić. Być może szanse ma też ulubienica Hollywood, niepoprawna Jennifer Lawrence, ale byłaby to już druga taka nagroda w jej karierze (tak samo, jak w przypadku Cate Blanchett), więc może jednak sędziowie zdecydują się nagrodzić nowicjuszkę. Nominacja dla Saoirse Ronan jest dla mnie absolutnym nieporozumieniem, natomiast Charlotte Rampling oficjalnie wsparła protestujących czarnoskórych, więc jej szanse na Oscara spadły.
W nominacjach za reżyserię liczą się moim zdaniem trzy nazwiska: Alejandro González Iñárritu (Zjawa), Tom McCarthy (Spotlight) i Adam McKay (The Big Short). Iñárritu zrobił wybitny film, o niezwykłej historii mężczyzny, który niemal wstaje z grobu i przemierza bezkresne lasy wiedziony chęcią zemsty, McCarthy umiejętnie zbudował napięcie, opowiadając o pierwszym poważnym śledztwie dziennikarskim  dotyczącym pedofilii wśród księży, zaś McKay zgrabnie połączył szybkie tempo z próbą wytłumaczenia podstaw kryzysu, opierając swój film na barwnych, różnorodnych i fascynujących charakterach. Komu przypadnie Oscar w tym roku? Dowiemy się już w niedzielę, a raczej w poniedziałek rano i być może Akademia zaskoczy po raz kolejny, rezygnując z wyboru faworytów?

poniedziałek, 25 stycznia 2016

I jak tu nie lubić J. K. Rowling?



„Harry Potter” jeszcze przede mną, bo syn, chociaż ogólnie zna tę historię (i właściwie trudno jej nie znać, w końcu na stałe weszła do kanonu kultury masowej), dopiero przymierza się do przeczytania pierwszej części serii. Chociaż doskonale rozumiem fenomen kilkutomowej opowieści o młodym czarodzieju, to zazwyczaj nieufnie podchodzę do autorów popularnej literatury w milionowych nakładach. Zwłaszcza, kiedy definitywnie zmieniają kierunek i target. Nie byłam więc pozytywnie nastawiona, kiedy sięgnęłam po pierwszą powieść dla dorosłych autorstwa J.K. Rowling. Na szczęście się pomyliłam.

„Trafny wybór” wciągnął mnie od pierwszych stron. Dlaczego? Bo to przenikliwy obraz współczesnej brytyjskiej prowincji, klimat który bardzo lubię. Akcja rozgrywa się w małym miasteczku Pagford, gdzie w sposób nagły i niespodziewany umiera Barry Fairbrother, członek lokalnej Rady Gminy. Oprócz tego, że jest to osobisty dramat jego żony, przyjaciół i podopiecznych, to w miasteczku rozpoczyna się istna wojna o to, kto zajmie jego miejsce w radzie. A stawka jest wysoka – właśnie ważą się decyzje istotne dla przyszłości  tego miejsca. Czy utrzymać przy życiu ośrodek pomagający uzależnionym, osobom z marginesu społecznego, za czym opowiadał się Barry, czy przekształcić atrakcyjny teren w hotel i spa? Z tą drugą opcją zgadza się część mieszkańców mających nadzieję na zarobienie dużych pieniędzy, m.in. para wpływowych staruszków, Howard i Shirley Mollisonowie. W ich rodzinie jednak nie dzieje się dobrze, a pełne hipokryzji relacje ujawnią się właśnie w trakcie gminnego sporu... zresztą rodzinnych sekretów jest tu znacznie więcej, bo powieść Rowling przeplata ze sobą wiele wątków, opiera się na historiach ludzi z różnych warstw społecznych, łączy drogi osób, na których życie będzie miał wpływ wybór nowego radnego. Powieść bezwzględnie obnaża słabości brytyjskiego systemu opieki społecznej, ale przede wszystkim ukazuje bezsensowność utrzymywania za wszelką cenę pozorów i politycznej poprawności, tylko po to by wpasować się w pewne przyjęte normy. Kiedy fasada pęka, poznajemy prawdziwe oblicza bohaterów... Książka ma swoją dość wierną ekranizację zrealizowaną przez BBC w formie trzyodcinkowego mini-serialu (w Polsce był pokazywany w HBO).

Ponieważ „Trafnego wyboru” nie mogłam się oderwać, tym chętniej sięgnęłam po kolejną powieść autorki, napisaną już pod pseudonimem Robert Galbraith. Rowling użyła tego zabiegu, żeby sprawdzić, jaki potencjał mają „nowe” nazwiska pojawiające się na rynku wydawniczym i przed ujawnieniem jej prawdziwych danych powieść sprzedała się w zaledwie kilku tysiącach egzemplarzy. Jak na rynek brytyjski, nie jest to efekt spektakularny, ale kiedy ujawniono, kto kryje się za tym kryminałem, sprzedaż oczywiście gigantycznie wzrosła. „Wołanie kukułki” to pierwsza część opowieści o prywatnym detektywie Cormoranie Strike’u, jednonogim weteranie wojennym, który próbuje się pozbierać po rozstaniu z ekscentryczną narzeczoną. Przypadkiem dostaje zlecenie rozszyfrowania sprawy tajemniczej śmierci nieziemsko pięknej i bajecznie bogatej modelki, Luli Laundry. Policja zakwalifikowała to zdarzenie jako samobójstwo, ale brat Luli nie wierzy w tę teorię i to właśnie on prosi o pomoc Strike’a.  W dodatku w agencji ledwie zipiącego finansowo Cormorana pojawia się pracownica agencji tymczasowej, Robin Ellacott, przydzielona tam omyłkowo. Początkowo obydwoje pałają do siebie niechęcią, ale śledztwo rusza pełną parą i Strike decyduje się zatrzymać  elokwentną asystentkę najpierw na tydzień, potem na kolejny… i tak rodzi się bardzo sympatyczny  i zgrany duet śledczy, który stanie się osią kolejnych kryminalnych powieści Rowling.

W „Jedwabniku” Robin i Strike wkraczają w świat wydawniczy. Prowadzą śledztwo w sprawie zaginięcia niezbyt poczytnego, ale za to lekko szurniętego pisarza, Owena Quine'a. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby wydawca zdecydował się nie zdradzać w okładkowej notce, że Quine został zamordowany, bo czytelnik powinien to odkryć sam, w miarę rozwoju akcji. Przypuszczam, że ujawnienie spoilera jest po prostu zabiegiem sprzedażowym - może więcej osób skusi się na brutalne zabójstwo niż na zaginięcie... Szkoda, ale mimo to kryminał czyta się nieźle, jeśli przymknąć oko na lekkie dłużyzny, błądzące po meandrach psychiki Strike'a. Rowling kreuje galerię barwnych postaci, tym samym rozszerzając krąg podejrzanych. A zainteresowanych unicestwieniem Quine'a może być wiele osób, bo pisarz nie przebierał w środkach i podobno lubił ujawniać fakty, które nie powinny ujrzeć światła dziennego... czytając "Jedwabnika" zastanawiałam się, jak wiele autorka zawarła w książce własnych doświadczeń - sukowata agentka, pisarz o rozbuchanym ego, mająca wysokie mniemanie o sobie autorka poczytnego bloga, zdolny, lecz zapijaczony redaktor... przy tym zestawie intryga kryminalna staje się dodatkiem, pretekstem pozwalającym zajrzeć w to zamknięte środowisko.

Przede mną leży kolejna część cyklu o Cormoranie Strike’u, która w Polsce ukazała się 13 stycznia. Wiem, że „Żniwa zła” powstały dość szybko, jak na powieść o tej objętości (co widać również po polskiej redakcji) i już po pierwszych stronach da się wyczuć pewną sztampę, jednak wiem, że nie oprę się tej historii i że z przyjemnością zajrzę do niej w chwilach relaksu. Tym bardziej, że to śledztwo jest dla Cormorana i Robin najbardziej osobiste i dotyczy ich samych - sporo tu retrospekcji, aluzji do prywatnego życia pary detektywów, rozterek i problemów z przeszłości. Miłośnikom "mięsistych" kryminałów może to się więc nie spodobać, ale cykl tych powieści stanowi poniekąd odskocznię od od mrocznych i ponurych historii skandynawskich, które uwielbiam, ale to inny rodzaj literatury. Krążący po ulicach Londynu jednonogi Strike, nie przypomina Wallandera, Harry'ego Hole'a ani Rebeki Martinsson, może tylko jak oni jest nieco przetrącony emocjonalnie. Reszta to już zupełnie inna bajka. Bajka, którą po prostu bardzo dobrze się czyta.

J.K. Rowling "Trafny wybór" wyd. Znak
Robert Galbraith (J.K. Rowling) "Wołanie kukułki" wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie
Robert Galbraith (J.K. Rowling) "Jedwabnik" wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie
Robert Galbraith (J.K. Rowling) "Żniwa zła" wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie

środa, 20 stycznia 2016

The Big Short

Kulisy światowego kryzysu ekonomicznego widziane oczami osób, którym udało się go przewidzieć.

Christian Bale jako doktor Mike Burry
Christian Bale zazwyczaj grywa świrów. Tak jest trochę i tym razem, chociaż doktor Mike Burry to po prostu genialny analityk, nieco autystyczny i nieprzystosowany do życia społecznego szef funduszu inwestycyjnego. Ale to właśnie on wpada na pomysł, aby przeanalizować obligacje bankowe oparte na kredytach hipotecznych (CDO) i zauważa, że w pozornie bezpiecznym i atrakcyjnym instrumencie finansowym kryje się mnóstwo niespłacalnych kredytów. Hossa na rynku nieruchomości trwa w najlepsze, nikt oprócz Burry’ego nie zagłębia się w skład obligacji, a banki zarabiają coraz więcej na obrocie nimi. Pęknięcie bańki inwestycyjnej jeszcze wtedy nie wydaje się możliwe. Przypadkowo na podobny trop wpada inwestor giełdowy Mark Baum, podjudzany przez wyrachowanego bankiera Jareda Venetta. Z boku śledzimy także dwa młode wilki, Charliego i Jamiego, próbujących wybić się na Wall Street, którzy obrali tę samą drogę, wspomagani przez starego wygę, Bena Rickerta, angażującego się wyłącznie w sprawy mogące wywołać u niego większe emocje niż uprawa nasion.

Czy można na tym zarobić? Można, a jakże, inwestując w tzw. CDSy, czyli ubezpieczenia niespłaconych kredytów, ale oczywiście oprócz bohaterów przedstawionej historii, nikt nie wierzy, że przyniesie to jakikolwiek zysk. Inwestorzy Burry’ego szaleją z niepokoju, targani chęcią szybkiego zarobku, bez wykładania grubych milionów na instrumenty, które według nich skazane są na niepowodzenie. My jednak, patrząc z perspektywy czasu,  już wiemy, że zysk jest pewny…

Nawet jeśli nie macie do czynienia z rynkiem finansowym na co dzień (ja nie mam), a przyczyny światowego kryzysu nadal wydają wam się nie do końca jasne, ten film je przybliża. Chociaż akcja toczy się bardzo wartko, a sceny przeplatają się jak w kalejdoskopie, twórcy „The Big Short” próbują wytłumaczyć zawiłości transakcji w sposób łopatologiczny i to kilkakrotnie – na ekranie pojawia się na przykład sam Anthony Bourdain porównując instrumenty finansowe do zupy ze średnio świeżego halibuta, czy ponętna blondynka w pianie, z kieliszkiem szampana w dłoni, tłumacząca własnym językiem sedno przeprowadzanych transakcji. Fabuła często przeskakuje z jednego wątku na inny, po drodze wtrącane są retrospekcje, a to z kolei miesza się z definicjami używanych określeń i skrótów finansowych, a także ze zdjęciami będącymi ilustracją współczesnego życia Amerykanów. Chwilami film staje się jazdą bez trzymanki, ale czy nie tak właśnie funkcjonuje Wall Street?

Zagadnienia przedstawione w filmie nie dotyczą jednak tylko ludzi z Wall Street, bo choć świat finansów i bankowości może różnić się detalami w poszczególnych krajach, to najczęściej opiera się na podobnych mechanizmach. Ktoś, kto umiał wyjść poza schemat pewnego podejścia do zarabiania pieniędzy i myśleć dalekowzrocznie, mógł naprawdę na kryzysie zbić małą fortunę. Wystarczyło przecież tylko starannie przeanalizować kredyty hipoteczne… Kiedy patrzymy na to dzisiaj, wydaje się aż niemożliwe, że wpadła na to zaledwie garstka ludzi. Dowody były wręcz „namacalne”, trzeba było wyłącznie zagłębić się w dane lub na własne oczy zobaczyć domy i osiedla, które stanowiły „zabezpieczenie” hipoteczne zaciągniętych zobowiązań. Zobowiązań nałożonych na ludzi nie mających na ogół choćby minimalnej zdolności kredytowej.

Ponieważ jest to film oparty na faktach, już na początku możemy – przynajmniej częściowo – przewidzieć zakończenie, a obserwując bohaterów wiemy, że postawili na właściwego konia. Mimo to, w miarę zbliżania się do finału, coś sobie uświadamiamy – ich wygrana, ich zysk, oznacza przegraną milionów ludzi. To nie tylko bankructwa banków i funduszy, to także prywatne ludzkie dramaty - bezrobocie, utrata domów i mieszkań, życie na skraju ubóstwa. Uświadamiają to sobie również bohaterowie, którzy będąc wygranymi, stają się niejako grabarzami dotychczas funkcjonującego systemu i zaczynają zastanawiać się nad własną moralnością. No, może nie wszyscy, niektórzy chcą po prostu zarobić.

The Big Short, reż. Adam McKay, wyst. Steve Carell, Christian Bale, Ryan Gosling, Brad Pitt, Marisa Tomei